PAWEŁ MACIEJEWSKI

Po co komu blog? Pierwszego założyłem po to żeby promować swoją komercyjną działaność fotograficzną. Potem zacząłem wrzucać tam to co robiłem dla siebie, więc zrobił się tam taki bajzel, że nie mogłem na to patrzeć, a tym bardziej dodawać coś nowego. No i moje mniej lub czasem bardziej udane zdjęcia zalegają po twardych dyskach, a przemyślenia konieczne do napisania czegoś pod tymi zdjęciami powoli stają się coraz bardziej siermiężne. Dlatego też w poszukiwaniu motywacji do przeglądnęcia tego co zalega oraz do zrobienia czegoś nowego na co będę szukał czasu w swojej etatowej rzeczywistości powstał ten blog. 

2014-08-12 12:00:00

Malezja na weekendy dwa!

No i się pojawia problem, bo trzeba zacząć uruchamiać bloga, wymówek brak, a nadrabianie zaległości to rzecz niemożliwa w wykonaniu. Zeszłym roku w Indonezji była wena, czas i komputer żeby coś pisać na bieżąco – coś co w sumie umarło po powrocie do Polski i czego nadrobić się nie udało. Zdjęć samych nie wrzucę, bo byłby to szczyt olewactwa odwiedzających. Biorąc pod uwagę, że nic konkretnego jeszcze nie napisałem i jest to na razie bardzo rozwinięty wstęp, średnio rozwiniętego pisarsko, prawie stażysty to czas na ostrzeżenie, że jak kogoś denerwuje taka przydługa gra wstępna to można przejść dalej i będzie pani zadowolona (tak, tak postaram się ograniczyć ilość porównań do niezbędnego minimum żeby tekst nie stał się analizą tego co autor w swoim dziwnym porównaniu miał na myśli).
 

„Paweł i jak było w Malezji?” „No spoko…”.
Ta nijaka odpowiedź nie ma świadczyć o mojej nijakiej zdolności wypowiadania się (choć może coś w tym jest), ale o tym że mimo całej swojej pozornej rajskości – kraj nie urywa dupy. Nie wiem na ile to jest to, że jadąc do Indonezji pierwszy raz zetknąłem się z szaloną azjatycko-muzułmańską naturą i teraz jest to tylko wtórne, a na ile po prostu jest nijaki. Jadąc tutaj poza tą całą rajskoscią pod postacią dżungli, plaż i plantacji herbaty chciałem się znowu zetknąć z tym wszechogarniającym bałaganem, a tu człowiek przylatuje do Kuala nikt nie ciągnie za koszulę do taksówki, nie sprzedaje kart sim, picia i innych dziwnych rzeczy – idzie się za strzałkami do autobusu, który przyjeżdża na czas jest wygodny i klimatyzowany. Najbardziej „azjatycki” w ciągu tych prawie trzech tygodni był autobus Kraków – Budapeszt, no i drogi też u nas nierówne, a i zegarki też chyba źle nastawione.
 

Żeby nie popaść w polskie marudzenie, czas je skończyć, bo Malezja rajska jest, ale jest też niesamowicie wielokulturowa! Mimo że kraj muzułmański to w każdym mieście mamy chinatown, little India, a na rogu mamy na zmianę meczet, świątynie hinduską, taoistyczną albo buddyjską. To samo jeśli chodzi o jedzenie. Ramadan? Jaki Ramadan – zawsze można zjeść swinke u Chińczyka i zapić browarem za kilkanaście zeta co mi się raczej niestety nie zdarzało. Znaczy się jeść się zdarzało, choć temperatury dla zimnolubnej albo raczej umiarkowano-zimnolubnej osoby jak ja skutecznie zabijały apetyt. Wielokulturowość tego kraju było widać doskonale jeżdżąc stopem, bo jednego dnia można było mieć cztery stopy, a w każdym jechały osoby o zupełnie innym pochodzeniu. I tu czas na jakże duże pozytywne zaskoczenie, a zarazem przemyślenie. Azjatyckie dzieci, które czy to w autobusie czy gniotąc się z nami na tylnym fotelu w czwórkę przez kilka godzin, nie zapłakały ani razu, nie chciały się co chwilę zatrzymywać, nie marudziły o jedzenie i nie robiły wielu innych rzeczy wzbudzających u mnie z reguły niechęć do tych stworzeń. Jakbym miał sobie robić dziecko to byłby to Azjata! Oczywiście łatwo nie będzie, bo jeśli żonę z Tajlandii tudzież Chin mogę sobie ściągnąć w ramach kryzysu wieku średniego, jako odrobiony lekarz (wiem jest to równie niepoprawnie politycznie jak teksty Wojewódzkiego i Figurskiego o Ukrainkach, ale mnie z mojego bloga chyba za brak poprawności politycznej nikt nie wyrzuci) to jedyną szansą, żeby moje dziecko było tak grzeczne jest to, że moja hipotetyczna Azjatka puści się z innym hipotetycznym Azjatą, bo zakładam, że nawet niewielka domieszka moich genów spowoduje to, że dziecko będzie nieznośne, rozdarte i pyskate.

 

Może coś fotograficznie? Fotograficznie ok. Znowu nijaka odpowiedź bo fotograf nijaki z fajnych miejsc wyczarował coś nijakiego (ilość powtórzeń dobitnie daje obraz tego czemu miałem tróje z polskiego – z czego byłem niezmiernie dumny). A na poważnie to ciężko coś ugrać, bo miejsca które są warte zobaczenia w ciągu dwóch tygodniu to tak naprawdę turystyczny top, a jak top to skomercjalizowany, a jak skomercjalizowany to mało naturalny, a że bardziej cenie sobie widok niedźwiedziego gówna w lesie niż niedźwiedzia w zoo to czułem się zagubiony. Krajobrazy spoko, ale miasta to totalne rozczarowanie! Do Kuala to na pól dnia, fota pod Petronasem, Batu Caves i dawaj dalej, bo nic tam nie ma! Posta pisze w Melace gdzie niezmiernie się nudzę, bo jest tu kilka postkolonialnych zabytków łącznie z kopią galery hiszpańskiej – atrakcje super jak masz azjatyckie poczucie estetyki. Jedyną misją do wykonania jest tu kupno przemycanych fajek z Sumatry, która jest tuż z rogiem, czyli cieśniną. No i czekałem, aż przestanie lać pijąc herbatę u Araba. Trochę zelżyło, więc stwierdziłem, że zrobię jakieś zdjęcia (pewnie gdzieś poniżej), no a że zmoczyłem aparat to poszedłem kupić chusteczki. I szczęście, bo gość w sklepie zaproponował podwózkę –  „gdzie Pan chce jechać”; „tam gdzie tanie fajki” – jakoś nie dostrzegłem, że to policjant (niektórzy wiedzą co to moja spostrzegawczość w podróży), ale dowiózł, choć fajek nie znalazłem (update: dzień potem znalazłem babcię mającą zapas indonezyjskich fajek).  Zaległem na kanapie, a żeby nie stać się jak właściciele, czyli typowi Arabowie,  którzy leżą i śpią na zmianę (no czasem jeszcze kiwają się na fotelu do dziwnej muzyki i piją herbatę), to postanowiłem coś ze sobą zrobić i napisać posta, żeby było z głowy. Ta historia mam nadzieję dobitnie świadczy o tym co warte są te miasta, oczywiście mógłbym siedzieć z białasami w hardrocku, albo tymi co bardziej podróżniczymi w knajpie Discovery słuchając giełgającego na gitarze hity dla białych biednego Malaja, ale że wolę gówno to już wolę swoją herbatę u Araba i hity rodem z podstawówki. No i nie stać mnie przyznaje, bo ceny tu mają prawo jak w Polsce – jedno z większych rozczarowań. Noclegi jeszcze ok, jak śpisz w dormie albo namiocie. Jak widać poza długimi wstępami mam jeszcze słabość do dygresji – wolę nie wnikać jak to się objawia w innych aspektach mojego życia poza pisaniem. No tak, ale było dobre miasto i zarazem największe pozytywne zaskoczenie – Singapur! Miasto jest fantastyczne, zupełnie inne. niż sobie wyobrażałem. Europejskość nie razi a idealnie współgra tam z azjatyckością. Jak ktoś tam słyszał o wakacie rezydenckim to ja biorę!
 

Mimo, że posta miałem napisanego jeszcze przed powrotem to wybór zdjęć… Jak to wszystko zebrać i jeszcze wrzucić do jednego posta. Najchętniej to bym zwalił to na Karola prosząc o pomoc, ale że nie chce zawracać dupy to będzie tak wybrane trochę chaotycznie – będą krajobrazy, będą miasta, jacyś ludzie też się znajdą, coś do jedzenia, no i jakieś dziecko, bo to zawsze dobrze wygląda… No i nie dodaje podpisów – oczywiście nie dlatego, że mi się nie chcę, ale nie lubię. Generalnie będzie po kolei – Budapeszt -> Kuala Lumpur -> Taman Negara -> Cameron Highlands -> Johor Bharu -> Perhentian Islands -> Kota Bharu -> Singapur -> Melaka.